Nauka - protipy

Myśleć po francusku – czyli jak?

Zanim zastanowimy się, jak to osiągnąć, wypadałoby ustalić, co to w ogóle znaczy: myśleć po francusku. Widzę tu dwie możliwe interpretacje. Pierwsza, to formułować w głowie myśli w języku francuskim. Nie wiem, czy każdy werbalizuje w głowie swoje myśli, więc być może niektóre osoby nie będą wiedziały, o co chodzi. Ja na przykład werbalizuję. Na ogół w ojczystym, ale nie zawsze. Druga możliwa interpretacja, to myśleć kategoriami, która daje nam do dyspozycji język francuski. Prosty przykład: w języku polskim nie mamy rodzajników, we francuskim są i jest ich kilka typów. Często użycie rodzajników i wybór odpowiedniego typu rodzajnika sprawia kłopot i bywa źródłem frustracji. To normalne. Ciężko jest używać narzędzi językowych, które są dla nas nieintuicyjne, stanowią nowość w naszym myśleniu o języku i na dodatek nie zawsze dają się zamknąć w sztywne ramy reguł.

WCZUĆ SIĘ W JĘZYK

Język to nie matematyka. Nie wszystko jest w nim zero-jedynkowe, nie da się go opisać w sposób wyczerpujący, nie na wszystko są “wzory”. Oczywiście, że gramatyka stanowi pewne ramy, daje nam pewne “wzory”, opisuje zasady użycia. Z kolei słowniki pozwalają poznać definicję różnych pojęć. Ale to za mało. Jeśli chcemy wyjść poza poziom podstawowy, osiągnąć płynność i swobodę w komunikacji, wyrażać się w sposób precyzyjny i poprawny, to należy wczuć się w język i go po prostu… poczuć. Poczuć wartość znaczeniową poszczególnych jego elementów leksykalnych czy gramatycznych. Wróćmy do przykładu z rodzajnikami. Reguły użycia (które zresztą bywają nieco sprzeczne i nie zawsze rozwiewają wątpliwości) dają nam pewne podstawy, by nauczyć się ich stosowania. Ale nie osiągniemy biegłości i swobody w stosowaniu rodzajników, jeśli nie poczujemy ich wartości znaczeniowej i tego, jak wybór tego czy innego typu rodzajnika wpływa na sens naszej wypowiedzi.

JAK TO OSIĄGNĄĆ?

Skoro wiemy już, co oznacza “myśleć po francusku”, rodzi się pytanie: jak to osiągnąć? To wymaga naprawdę solidnych zasobów ciekawości językowej, regularnej pracy i kontaktu z językiem. Oczywiście, że zaczynamy od poznania zasad gramatycznych czy od definicji danego słowa. Ale to jest dopiero początek. Czucie języka to jest mięsień, który wymaga ciągłej stymulacji. Trzeba jak najwięcej słuchać i czytać, zaprzyjaźnić się ze słownikiem, sprawdzać nawet rzeczy, które mogą się wydawać oczywiste. To wrażenie bywa mylne, zresztą język się zmienia, ewoluuje.

Warto szukać nie tylko w słownikach typu Le Robert czy Larousse, ale sprawdzać też te “mniej oficjalne” słowniki, przeglądać fora. Ciekawostka: ze słownika Wikipedii, korzystają nawet osoby redagujące te uznane słowniki, żeby sprawdzić, jak dane słowo funkcjonuje wśród użytkowników języka. Nie oznacza to, że jest on najbardziej rzetelnym źródłem informacji. Ale na pewno nie należy go ignorować. Nie wszystkie słowa znajdziemy w słowniku, nie zawsze definicja będzie zawierała znaczenie, w jakim dane słowo zostało użyte. Poza tym definicje różnią się w zależności od źródła, z którego korzystamy. Porównanie informacji z kilku źródeł często pozwala otrzymać pełniejszy obraz. Warto też zaglądać na wszelkiego rodzaju fora, gdzie często to rodzimi użytkownicy języka dyskutują o różnych zagadnieniach z nim związanych, wyjaśniają miedzy sobą wątpliwości. Różnorodność źródeł i ciągłe poszukiwanie nowych również odgrywają istotną rolę w wyćwiczeniu czucia języka. Ja nazywam to też intuicją językową.

CO JEŚLI NIE UMIESZ MYŚLEĆ PO FRANCUSKU?

Nie mam pojęcia, czy każdy umie wczuć się w język i go poczuć. Prawdopodobnie nie. Jeśli nie czujemy języka, to zasadniczo nie jest to przeszkodą w skutecznej komunikacji. Widzę to raczej jako ograniczenie niż przeszkodę. Da się bez tego używać języka, porozumiewać się. Po prostu nasza komunikacja będzie wtedy obarczona większym ryzykiem błędu, braku precyzji i błędnego rozumienia. W zależności od kontekstu, będzie to bardziej lub mniej istotne. Nie wszystkie sytuacje komunikacyjne wymagają szczególnej precyzji. Zresztą nawet jeśli myślenie po francusku nie przychodzi nam łatwo, warto próbować. Obcować z językiem możliwie często i robić to, co opisałam wyżej. Czasami potrzebujemy po prostu więcej czasu. A czas spędzony z językiem, nie będzie czasem straconym. Zawsze czegoś się nauczymy.

A CO Z TYM DRUGIM “MYŚLENIEM PO FRANCUSKU”?

Uważam, że myślenie (formułowanie myśli) w języku obcym (nie tylko po francusku) to fajna rzecz. Jeśli mamy już wystarczające zasoby gramatyczno-leksykalne, można to potraktować, jak ćwiczenie i wykorzystanie przerobionego materiału w praktyce, przynajmniej w pewnym sensie. Oczywiście, że nikt nam nie odpowie i nawet nie możemy mieć pewności co do poprawności tych myśli. Ale to pozwala na wykorzystanie zdobytej wiedzy do budowania zdań, na ćwiczenie płynności w budowaniu zdań w języku obcym. Można te myśli wypowiadać na głos czy nawet nagrać i odsłuchać, przeanalizować. Im częściej używamy słów i struktur, których się uczymy, tym lepiej je zapamiętujemy. Nabieramy też płynności w budowaniu zdań, w doborze wyrazów. To ważne, bo komunikacja na żywo będzie trudna, jeśli jedna ze stron potrzebuje dużo czasu do namysłu przy formułowaniu wypowiedzi.